Niesamowity Incydent UFO z Bronią Jądrową w Bazie Malmstrom

 

Wersja pisana dla leniwych (wypowiedzi świadków w filmie: 3:11-4:01 min; 4:21-4:53 min; 5:36-6:35 min):

Na początku jak zwykle przypomnijmy, że większość obserwacji UFO ma bardzo proste wyjaśnienie. Zwykle są to naturalne zjawiska pogodowe, samoloty lub też inne pojazdy latające wytworzone przez człowieka. Wiele obserwacji UFO to również oszustwa, wymyślone historie przez ludzi pragnących blasku fleszy oraz sławy. Niewielka część obserwacji dziwnych pojazdów na niebie pozostaje jednak całkowicie niewyjaśniona. Wiele z takich relacji jest opowiadanych przez przeciętnych zjadaczy chleba, co mimo wszystko ujmuje trochę z ich wiarygodności. Najciekawsze obserwacje oraz zeznania pochodzą od wykwalifikowanych naukowców oraz wojskowych, którzy raczej nie mają żadnej motywacji do szerzenia nieprawdziwych informacji oraz potrafią odróżniać rozmaite obiekty na niebie. Gdy w grę dodatkowo wchodzi bezpieczeństwo narodowe to sprawa nabiera smaczku i skłania nas do refleksji nad opisywanym zdarzeniem. Zanim przejdziemy do konkretów związanych z incydentem w bazie wojskowej Malmstrom w 1967 roku warto szerzej zobrazować więź pomiędzy obserwacjami UFO oraz bronią jądrową.

Od momentu pierwszych prób związanych z użyciem broni jądrowej przez człowieka, zdarzeniom tym towarzyszą obserwacje UFO. Amerykański badacz Robert Hastings w książce ‘UFO i Broń Nuklearna’ udokumentował wszystkie takie przypadki po tym jak przeprowadził rozmowy z ponad 150 amerykańskimi wojskowymi, którzy brali udział w takich incydentach. Osoby te szczegółowo opisują obserwacje oraz działanie UFO związane z rakietowymi pociskami balistycznymi w bazach wojskowych. W dzisiejszym odcinku omówimy sobie zdarzenia z bazy Malmstrom w stanie Montana, natomiast do takich samych przypadków dochodziło również w bazie Walker w Nowym Meksyku oraz bazie Francisa Warrena w Wyoming. Robert Hastings w książce przytacza także szczegółowe relacje wojskowych z baz w Związku Sowieckim oraz Wielkiej Brytanii. We wszystkich tych miejscach dochodziło do podobnych, niesamowitych zdarzeń związanych z aktywnością UFO. Przejdźmy zatem do konkretów odnośnie incydentu z Montany w 1967 roku.

24 marca w bazie wojskowej doszło do niezwykłego zdarzenia. Robert Salas, zastępca dowódcy załogi ds. rakiet bojowych, znajdował się w podziemiach bazy, odpowiedzialny za 10 pocisków jądrowych. To właśnie jego zeznania są ważnym świadectwem w tej sprawie. Salas wielokrotnie zeznawał pod przysięgą, a także zwoływał konferencje wzbudzając w ten sposób zainteresowanie światowej prasy. Tamtego dnia Salas w pewnej chwili otrzymał telefon od podoficera odpowiedzialnego za ochronę bazy na górze. Podoficer wraz z innymi osobami zauważył dziwny obiekt unoszący się tuż nad bazą. Posłuchajmy zeznania Salasa:

„Tamtego poranka dostałem od nich telefon, że widzą dziwne światła latające na niebie. Zlekceważyłem ten telefon i powiedziałem, aby zadzwonili na wypadek gdyby stało się coś poważniejszego. Chwilę później dostałem kolejny telefon i tym razem ton głosu strażnika był bardziej intensywny, bezspornie był przerażony. Powiedział, że jasny, rozjarzony czerwony obiekt unosił się na zewnątrz od frontowej bramy. Obok niego byli też inni strażnicy z bronią. Zaraz po tym telefonie obudziłem mojego dowódcę którym był Fred Meiwald, obecnie emerytowany pułkownik.”

Do tego momentu zeznania Salasa są bardzo ciekawe, jednak chwilę później stało się coś znacznie bardziej niezwykłego. Zdarzenie to było na tyle istotne, że Salas oraz inni świadkowie wystąpili nawet w programie CNN, gdzie praktycznie nigdy nie porusza się takich kwestii. Posłuchajmy co powiedział tam Robert Salas gospodarzowi programu, Larry’emu Kingowi:

„Poszedłem powiedzieć o tym mojemu dowódcy i po kilku sekundach od tamtego zdarzenia nasze pociski zaczęły się wyłączać. Pamiętam, że wyłączono wszystkie 10 pocisków.”

„Nie widziałeś obiektu?”

„Nie widziałem, ponieważ zawsze musiałem zostać w podziemiach w kapsule.”

„Co rozumiesz przez ‘wyłączały się’?”

„To znaczy, że były nieuruchamialne. Przeszły w stan ‘No-Go’, zostały dezaktywowane.”

„Po jakim czasie je włączono?”

„Jestem przekonany, że zajęło to ponad dzień, co Jamison może potwierdzić.”

Zanim przejdziemy do zeznań podporucznika Roberta Jamisona, podsumujmy historię Salasa. Jego zdaniem w pewnej chwili pociski jądrowe zaczęły przechodzić ze stanu ‘Alert’ do stanu ‘No-Go’ i zaczęły się świecić na czerwono. Doprawdy niezwykłe zdarzenie, zwłaszcza, że mówimy o broni jądrowej. Gdyby prezydent USA wydał wówczas rozkaz wystrzelenia pocisków z bazy Malmstrom, personel wojskowy nie mógłby spełnić takiej prośby. Jeśli jakaś rakieta schodziła ze stanu ‘alert’ to zdaniem Salasa działo się tak z powodu zaniku zasilania. Przywracało się wówczas zasilanie i silos rakietowy powracał do działania, jednak w tym przypadku wyłączyła się nie jedna, ale 10 rakiet i żadna z nich nie powróciła do działania. Przejdźmy do zeznań Roberta Jamisona:

„Gdzie byłeś kiedy to się stało?”

„Byłem w domu relaksując się, kiedy nagle dostałem telefon aby przybyć do bazy. Pociski zostały wyłączone a moją pracą było przywrócenie ich do działania w takich sytuacjach.”

„Czyli nie widziałeś incydentu?”

„Nie, przyszedłem później na wezwanie.”

„Gdzie jest Malmstrom?”

„Obok Great Falls w Montanie”.

„Co myślisz o tej historii?”

„Wiem, że jest prawdziwa. Przyszedłem wezwany do hangaru  i zauważyłem, że na mapie całego kompleksu wszystkie pociski były zaznaczone na zielono oprócz 10 które były czerwone.”

„Czy to możliwe że to była po prostu usterka?”

 „To się nie zdarza. Bardzo rzadko jakiś pocisk ma usterkę. Znacznie rzadziej bywają 2 uszkodzone pociski jednocześnie, ale nigdy 10.”

W swoim oświadczeniu Jamison stwierdził również, że będąc na miejscu słyszał rozmowy personelu wojskowego na temat obserwacji UFO. Ze strzępków rozmów wynikało, jakoby to ten obiekt miał być odpowiedzialny za wyłączenie wszystkich pocisków. Co ciekawe, w odtajnionych dokumentach z tamtego czasu możemy znaleźć wiele innych relacji dotyczących obserwacji UFO. Wywiad Malmstrom otrzymał wiele doniesień o obserwacjach UFO w rejonie Great Falls w Montanie. Dziwne obiekty widziano także w okolicach miasteczka Belt, w tym jednym ze świadków był zastępca lokalnego szeryfa. W jednym z odtajnionych raportów Sił Powietrznych USA opisano, że w ciągu 10 sekund we wszystkich 10 rakietach doszło do nagłego wyłączenia. Nieznany powód awarii jest powodem do głębokiego niepokoju. Jak się niedługo później okazało, zdarzenie opisane przez Salasa i Jamisona nie było jedynym takim incydentem.

Osiem dni wcześniej, 16 marca 1967 roku, w innym Centrum Kontroli Wystrzeleń w Malmstrom doszło do niemal identycznego zdarzenia. W 2008 roku w rozmowie z Robertem Hastingsem porucznik Walt Figel przyznał, że otrzymał telefon od patrolu bezpieczeństwa o tym, że tuż nad bazą zaobserwowano duży, okrągły obiekt. Figel pomyślał, że strażnicy musieli coś sobie wypić, jednak chwilę później wszystkich 10 pocisków jeden po drugim zostały wyłączone. Ekipa od przywracania pocisków do stanu gotowości musiała pracować aż 24 godziny zanim ponownie udało się włączyć rakiety. W sprawie tej przeprowadzono gruntowne śledztwo. Do pracy zaprzągnięto również inżynierów Boeinga, aby sprawdzili co spowodowało usterkę pocisków. Kierownikiem zespołu inżynieryjnego był wówczas Robert Kaminski, który stwierdził, że nie było żadnych poważnych awarii ani obrażeń, które wyjaśniałaby dlaczego 10 pocisków zostało wyłączonych. Nie było żadnego technicznego wyjaśnienia tej sprawy. Inny inżynier Boeinga, William Dutton sprawdzał przerwy w dostawach prądu, lecz zauważył, że w tym aspekcie nie było żadnych anomalii. Jednym z wniosków było również oświadczenie, że być może pociski zostały wyłączone poprzez wysłanie jakiejś formy impulsu elektromagnetycznego z nieznanego źródła.

Do obserwacji UFO nad tamtejszą bazą dochodziło także w roku 1975, 1992 oraz 1996, gdy znów znajdziemy relacje świadków, którymi byli wojskowi. Warto nadmienić, że incydenty te trwają do dziś, a najnowszym przykładem jest zdarzenie z października 2010 roku, gdy UFO miało wyłączyć pociski w bazie w Wyoming, o czym szeroko opowiadały media w telewizji oraz prasie. Warto pamiętać, że do podobnych zdarzeń dochodziło także w innych bazach w Stanach Zjednoczonych, a także w Związku Sowieckim i Wielkiej Brytanii, jednak aby nie rozdrabniać się na kilka wątków, skupmy się wyłącznie na Montanie. Mamy tutaj relacje kilku osób z personelu wojskowego bazy z pociskami nuklearnymi. Naturalnie nigdy nie można być pewnym ludzkiej prawdomówności, jednak rozsądnym wydaje się założenie, że tacy ludzie z racji swojego zawodu oraz związanej z nim odpowiedzialności wydają się dość wiarygodnymi świadkami. Gdyby mówiła o tym tylko jedna osoba to sprawa nie byłaby aż tak ciekawa jak w przypadku gdy mówi o tym tak wiele osób. Obiektywnie warto stwierdzić, że nie wszyscy obecni wówczas w bazie chcą dziś o tym opowiadać i relacje te są powtarzane głównie przez 7 osób, które pojawiły się m.in. na słynnej konferencji z 2010 roku, o której szeroko rozpisywała się światowa prasa. Niektórzy milczą i negatywnie odnoszą się do wyciągania tych spraw na światło dzienne. Generalnie jednak zdarzenia z Malmstrom uznaje się za niewyjaśnione.

Na koniec jak zwykle zastanówmy się nad naturą obserwowanych pojazdów. W tym przypadku trudno uznać, aby była to tajna ziemska technologia, gdyż w grę wchodziło potencjalnie wywołanie wojny jądrowej na światową skalę. Poza tym takie same relacje pochodziły zarówno ze Stanów Zjednoczonych jak i ZSRR. Jeśli mamy tu do czynienia z jakimś nieznanym zjawiskiem naturalnym to trzeba odnotować, że jest ono bardzo niebezpieczne, skoro potrafi wyłączać pociski jądrowe. Robert Hastings oraz Robert Salas nie wykluczają ostatniego rozwiązania, zgodnie z którym za działaniem UFO mogą stać przybysze z kosmosu. Zgodnie z takim wyjaśnieniem bardziej zaawansowana cywilizacja pozaziemska, która tak jak w hipotezie ZOO monitoruje rozwój życia na Ziemi, jest bardzo zaniepokojona naszym morderczym usposobieniem i ewentualnym użyciem broni jądrowej. Istoty te czasami uszkadzają broń jądrową, wysyłając tym samym wiadomość do rządów, że posiadanie i potencjalne użycie takiej broni zagraża przyszłości ludzkości oraz życia na naszej planecie. Nie wiadomo jak jest naprawdę i dlaczego takie obiekty zachowują się w taki sposób przy bazach wojskowych z pociskami nuklearnymi. Warto mieć na uwadze każde rozwiązanie, skoro sprawa pozostaje niewyjaśniona. Zapraszam do subskrybowania kanału w oczekiwaniu na kolejne odcinki Kosmicznych Opowieści.

Reklamy

Zagadka Enkidu – czy Sumerowie spotkali nieznany gatunek hominida?

Wiele tysięcy lat temu na terenie Mezopotamii rozwijała się cywilizacja Sumerów. Przedstawiciele tej wyjątkowej kultury pozostawili po sobie wiele dzieł sztuki, w tym gliniane tabliczki opisujące dzieje ich cywilizacji. Jedna z takich historii opowiada o tajemniczej istocie Enkidu, który mógł być przedstawicielem któregoś gatunku hominidów.

Historia ludzkości wciąż skrywa w sobie wiele tajemnic. Dawno temu na Ziemi istniało wiele gatunków człowiekowatych, którzy różnili się swoim wyglądem oraz zdolnościami. Zdaniem naukowców, od co najmniej kilkunastu tysięcy lat jedynym gatunkiem, który przetrwał pozostaje współczesny homo sapiens. Na całym świecie możemy jednak znaleźć opowieści o spotkaniach z istotami, które przypominają wymarłe gatunki człowiekowatych. Na terenie Stanów Zjednoczonych oraz Kanady żywe są relacje na temat spotkań z tzw. Wielką Stopą. W opowieściach Aborygenów często pojawia się z kolei dziki człowiek nazywany Yowie. Na terytorium Mongolii i Syberii znane są relacje o Ałmasach, zaś w Himalajach istnieją historie na temat Yeti. Jak dotąd nie udało się złapać żadnej z takich istot, co zdaniem sceptyków może oznaczać, że wszystkie przekazy to tylko mity i legendy.

Warto jednak pamiętać, że w 2003 roku na indonezyjskiej wyspie Flores odkryto szkielet tajemniczego hominida, mierzącego zaledwie 110 centymetrów wzrostu. Tzw. Homo Floresiensis wymarł co najmniej kilkanaście tysięcy lat temu. Wśród miejscowej ludności znane jednak były przekazy na temat Ebu Gogo – niewielkich, owłosionych istot mieszkających głęboko w lasach. Wiemy zatem, że starożytni ludzie potrafili zachować w formie opowieści ustnych prawdziwe historie z bardzo dawnych czasów. Większość relacji na temat dziwnych hominidów miała charakter ustny, jednak okazuje się, że istnieją także spisane relacje. Najstarsza z nich pochodzi od Sumerów. Mniej więcej ok. roku 2700 p.n.e. miastem Uruk miał rządzić król Gilgamesz. Władca ten do dziś budzi sporo kontrowersji, jednak zdaniem większości badaczy był prawdziwym, historycznym władcą Uruk. To właśnie z Gilgameszem związana jest historia tajemniczego Enkidu.

Do naszych czasów przetrwało pięć niezależnych sumeryjskich poematów o Gilgameszu, w tym m.in. Gilgamesz i Humbaba oraz Gilgamesz, Enkidu i świat podziemny. Najważniejszym dziełem jest jednak akadyjski Epos o Gilgameszu, powstały na kanwie sumeryjskich opowieści. Tekst eposu zachował się na 12 tabliczkach odnalezionych w bibliotece w Niniwie. Pierwszą tabliczkę rozpoczyna prolog z pochwałą Gilgamesza jako wielkiego wojownika i budowniczego miasta Uruk. Następnie znajdujemy tam opis dziwnej istoty, zamieszkującej bezludne tereny. Oto w jaki sposób został opisany Enkidu:

Całe jego ciało jest sierścią pokryte,

Włosy ma spięte na modłę niewiasty,

Jak kłosy wspaniałe są pukle kędziorów,

Nie zna ani ludzi, ani cywilizowanej ziemi,

Z gazelami razem karmi się trawą,

Ze zwierzyną się tłoczy do wodopoju,

Z bydłem dzikim wodą cieszy swe serce.” (Tab. I)

Enkidu został zatem opisany jako dziki stwór, którego całe ciało było pokryte sierścią. Pewnego razu myśliwy spotkał Enkidu przy wodopoju. Wstrząśnięty tym widokiem szybko uciekł do swojego domu i w taki sposób opisał swojemu ojcu te spotkanie:

„Ojcze! Mąż jakiś ze wzgórz się zjawił,

Siła jego jest ogromna, potężny niczym nieśmiertelni z nieba,

Nieustannie ugania się po wszystkich górach,

Z rąk mych wyprowadza dziką zwierzynę i karmi się trawą.” (Tab. I)

Ojciec myśliwego zaleca mu wyprawę do Uruk i opowiedzenie całej historii Gilgameszowi. Król ten po wysłuchaniu opowieści zaleca schwytanie Enkidu, a następnie sprowadzenie go przed jego oblicze. Wyprawieni posłańcy podstępem unieszkodliwiają Enkidu, po czym starają się go ucywilizować.

„Mleko on zwierząt spożywa,

Na chleb wszelako, który przed nim kładą, spogląda zdziwiony.

Nie wiedział Enkidu, jak się chleb spożywa,

Nie wiedział także, jak się wino pije.

Chleba Enkidu najadł się do syta

I siedem wypił wina kruż.

Rozum mu się rozjaśnił, cały się ożywił,

Dotknął ręką ciała włochatego.” (Tab. II)

Następnie Enkidu zostaje przyprowadzony przed oblicze Gilgamesza:

Zobaczył Gilgamesz dzikiego człowieka z kędziorami krętymi na karku”. (Tab. II)

W dalszej części epos opowiada przygody jakie mieli Gilgamesz oraz Enkidu, który stał się jego towarzyszem. To jednak zupełnie inny temat, więc warto się zastanowić kim tak naprawdę mógł być Enkidu. Zdaniem słynnego kryptozoologa Lorena Colemana, dziwny włochaty stwór mógł być w rzeczywistości istotą, którą obecnie nazywa się Wielką Stopą lub Yowie. Enkidu żył w dziki sposób w towarzystwie zwierząt i stronił od ludzi oraz od cywilizacji. Całe ciało pokryte sierścią od stóp do głowy również przypomina relacje na temat tajemniczych hominidów. Problem polega na tym, że w czasach Gilgamesza żadne z takich człowiekowatych nie powinny istnieć, gdyż wymarły tysiące lat wcześniej. Inne wyjaśnienie zakłada, że Enkidu należał do naszego gatunku, lecz wychowywał się wśród zwierząt, stąd też jego dzikie usposobienie. Rozmiary Enkidu oraz gęstość jego sierści wskazują jednak, że mógł należeć do innego gatunku.

Naturalnie całą historię można uznać jedynie za mit i legendę, a Enkidu mógł nigdy nie istnieć. Oprócz wzmianek w Eposie o Gilgameszu nie ma żadnych śladów jego egzystencji. Warto jednak pamiętać, że Gilgamesz był postacią historyczną, a spotkanie z Enkidu bardzo wpłynęło na jego życie. Ze starożytnymi tekstami, spisywanymi po setkach lat jest taki problem, że często upiększa się prawdziwe zdarzenia, przez co trudno rozróżnić prawdę od fałszu. Być może faktycznie Sumerowie spotkali tajemniczy gatunek hominida, co zrobiło na nich takie wrażenie, że opisali go dla potomnych. Z drugiej strony w tekstach Sumerów możemy znaleźć informacje, że Gilgamesz był władcą Uruk przez aż 126 lat, zaś Enkidu został ulepiony z gliny przez bogów. Takie informacje wydają się dziś nieprawdopodobne. Zdaniem zwolenników teorii o starożytnych astronautach, historie Sumerów są dowodem na kontakty z obcymi, których nazywali bogami. Niewykluczone jednak, że w przypadku Gilgamesza oraz Enkidu, Sumerowie po prostu upiększyli swoje historie, oparte na prawdziwych zdarzeniach.

Jak na razie wciąż nie schwytano żadnych hominidów, które mogłyby dotrwać do naszych czasów. Jedyne poszlaki jakie wskazują na ich istnienie to tysiące niezależnych relacji, próbki włosów oraz ślady wielkich stóp. Być może takie istoty wciąż żyją w niedostępnych terenach, tak jak tysiące lat temu mógł żyć Enkidu. Jego historia, podobnie jak opowieść o Oannesie, to tylko wierzchołek góry lodowej, jaką Sumerowie pozostawili dla potomnych.

Wojskowy Incydent UFO w Finlandii w 1969 roku

Na całym świecie ludzie obserwują dziwne obiekty poruszające się po niebie. Świadkami wielu obserwacji były osoby związane z wojskiem, takie jak piloci samolotów, czy generałowie. Jeden z takich incydentów miał miejsce w 1969 roku w Finlandii i do dziś pozostaje niewyjaśniony.

Miasto Pori znajduje się w południowo-zachodniej części Finlandii. Na terenie miejskiego lotniska Fińskie Siły Powietrzne często przeprowadzały ćwiczenia wojskowe. Jedno z takich zdarzeń miało miejsce 12 kwietnia 1969 roku, gdy na miejscu zebrali się piloci samolotów. Pogoda dopisywała, gdyż świeciło słońce a na niebie było niewiele chmur. Początkowo ćwiczenia przebiegały w rutynowy sposób i piloci odbywali kontrolne loty. Żaden z nich nie przypuszczał wówczas, że niebawem dojdzie do wydarzenia którego nie zapomną do końca swoich dni. Niedługo po godzinie 12:00 okazało się, że samoloty nie były jedynymi pojazdami unoszącymi się wówczas w powietrzu. W pewnym momencie grupa 20 pilotów zauważyła na niebie 7 obiektów o sferycznym kształcie. Obiekty unosiły się na wysokości ok. 2000 metrów oraz promieniowały jasnym, żółtym światłem.

Niezwykłe zjawisko było obserwowane także przez kontrolera lotów z pobliskiej wieży. Po chwili tajemnicze obiekty pokazały się również na wojskowym radarze. Kontroler natychmiast zalecił jednemu z pilotów, który znajdował się najbliżej całego zdarzenia, aby jak najszybciej zbliżył się do obiektów. Tym pilotem był Tarmo Tukeva, który przerwał przeprowadzany manewr bombardowania, po czym podleciał w kierunku dziwnych świateł. W tym samym czasie inny pilot Jouko Kuronen właśnie wyruszał w lot nawigacyjny. Zgodnie z poleceniem kontroli lotów Kuronen podjechał na pas startowy, czekając na zgodę na start. W pewnej chwili pilot usłyszał komunikację radiową pomiędzy kontrolerem lotów oraz Tarmo Tukevą. Zaciekawiony całą sprawą ustawił swój odrzutowiec w taki sposób aby mieć widok na 7 tajemniczych obiektów o których usłyszał. Po chwili miał już dobry widok na całe zjawisko. Jak sam opisał, obiekty miały sferyczny kształt, emitowały żółtą poświatę i wisiały nieruchomo w powietrzu.

Tymczasem samolot Tukevy zbliżył się do obiektów. Pilot widział je wyraźnie i po raz kolejny opisał je jako sferyczne metaliczne obiekty o żółtej poświacie. Tukeva nie był w stanie oszacować dokładnej odległości ze względu na brak punktów odniesienia, jednak obiekty wciąż były widoczne na radarze z kontroli lotów. W tamtym momencie tajemnicze pojazdy zostały zatem wychwycone przez sprzęt wojskowy oraz były widziane przez pilotów dwóch samolotów – jednego w powietrzu, a drugiego na ziemi. Po krótkiej chwili zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy. Pozostające dotąd w bezruchu obiekty, nagle ustawiły się w specjalnej formacji, po czym w ułamku sekundy wystrzeliły w kierunku północnym z niewiarygodną prędkością. Samolot Tukevy ruszył za nimi, jednak prędkość 700km/h była zdecydowanie za mała.

Obiekty zniknęły na północnym horyzoncie, a kontroler lotów stwierdził, że przy takiej dysproporcji szybkości pościg nie ma żadnego sensu. Co ciekawe, wg pomiarów na wysokości 2000 m wiał wówczas wiatr z północy z prędkością 185 km/h. Na obiektach nie robiło to jednak żadnego wrażenia, co tym bardziej zdumiało wszystkich świadków tamtego zdarzenia. Tajemnicze pojazdy musiały się poruszać z naprawdę niebotyczną prędkością, o czym świadczy fakt, że po minucie zostały wychwycone przez radar na lotnisku w mieście Vaasa. Miasto te jest oddalone od Pori o prawie 200 km, co oznacza, że obiekty musiały się poruszać z prędkością większą niż 10.000 km/h. W latach 60-tych najszybsze ziemskie myśliwce przechwytujące były w stanie osiągnąć prędkość maksymalnie 3300 km/h.

Incydent UFO nad Piori jest o tyle ciekawy, że mamy tutaj zeznania 20 wiarygodnych świadków, które zostały potwierdzone przez radary wojskowe. Wiele obserwacji UFO jest często poddawanych w wątpliwość ze względu na niską wiarygodność świadków. Przeciętni zjadacze chleba mogliby pomylić dany obiekt z samolotem, balonem meteorologicznym lub też innym zjawiskiem naturalnym. Dodatkowo wiele osób mogłoby kłamać chcąc zyskać sławę oraz mieć swoje przysłowiowe 5 minut. W tym wypadku mowa jest jednak o doświadczonych pilotach samolotów, którzy nie mają żadnej motywacji do szerzenia nieprawdziwych informacji oraz potrafią odróżniać różne obiekty na niebie. Radary również wychwyciły 7 obserwowanych obiektów, co zwiększa wiarygodność całej sprawy.

Tarmo Tukeva oraz Jouko Kuronen, czyli dwaj piloci którzy mieli najlepszy widok na całe zdarzenie, przez wiele lat publicznie wypowiadali się na temat spodków. Incydent z ich udziałem jest jedynym incydentem UFO który został potwierdzony przez Fińskie Siły Powietrzne. W 1993 roku szef informacji Sił Powietrznych stwierdził, że obserwacja 7 obiektów była prawdziwa, jednak wciąż pozostaje niewyjaśniona. Interesujące są także informacje przekazane przez przedstawicieli sił powietrznych do członków fińskiej organizacji ufologicznej. Zdaniem wojskowych z powodu nadzwyczajnej technologii jaką prezentują te nieznane obiekty, lepiej jest nie poruszać publicznie tematu UFO.

Pozostaje zatem pytanie o to, czym tak naprawdę były obiekty, które zostały zaobserwowane w kwietniu 1969 roku w Finlandii. Jak zwykle istnieją co najmniej 3 wyjaśnienia. Pierwsze zakłada, że obserwacja UFO miała związek z nieznanym zjawiskiem naturalnym. Na niekorzyść takiego wyjaśnienia przemawia fakt, że obiekty zachowywały się w bardzo inteligentny sposób, tak jakby były przez kogoś kierowane. Dwa popularniejsze wyjaśnienia zakładają z kolei ziemską technologię lub też obce cywilizacje z kosmosu. Naturalnie nie wiemy wszystkiego na temat tajnych wojskowych projektów, które w latach 60-tych mogły być rozwijane przez Stany Zjednoczone lub Związek Sowiecki. Nie można wykluczyć, że tajemnicze obiekty były w rzeczywistości testowanymi przez mocarstwa pojazdami. Z drugiej strony osiągnięcie prędkości ponad 10.000 km/h sprawia, że należy patrzeć sceptycznie także i na te wyjaśnienie. Ostatnia możliwość zakłada, że obiekty te należały do obcej cywilizacji z kosmosu, która od wielu lat obserwuje rozwój życia na naszej planecie. Zgodnie z takim wyjaśnieniem obcy pokazywaliby się od czasu do czasu Ziemianom, aby powoli oswajać nas z myślą, że nie jesteśmy sami w kosmosie, i oczekując aż dojrzejemy do oficjalnego kontaktu.

Teoria Wielkiego Zderzenia – Ziemia i Planeta Theia

Dawno temu planeta Ziemia była niegościnnym miejscem, które wyglądało zupełnie inaczej od tego jakie dziś znamy. Na jej powierzchni panowały ekstremalne warunki, a dodatkowo Ziemia była wystawiona na zagrożenia z kosmosu. Zgodnie z tzw. teorią wielkiego zderzenia 4.5 mld lat temu doszło do kolizji pomiędzy proto-Ziemią oraz planetą Theią, w wyniku czego narodził się Księżyc. Jak do tego doszło?

Spoglądając na współczesną Ziemię ciężko jest nam sobie wyobrazić piekielne wizje z początków jej istnienia. Równie trudno jest wyobrazić sobie naszą planetę bez Księżyca, który towarzyszy nam podczas wieczornych spacerów. W początkowych latach Ziemia nie posiadała jednak swojego naturalnego satelity. Od wielu lat pochodzenie Księżyca stanowiło ogromną zagadkę dla świata nauki. Uczeni opracowali kilka teorii wyjaśniających powstanie ziemskiego satelity. Pierwszą teorię, znaną jako teoria rozszczepienia, w 1898 roku zaproponował George Darwin, będący synem słynnego uczonego Karola Darwina. Zgodnie z tym wyjaśnieniem Księżyc oderwałby się od Ziemi w skutek szybkiego ruchu wirowego naszej planety. W założeniach przyjmowano, że Ocean Spokojny byłby czymś w rodzaju blizny po tym zdarzeniu. Dziś wiemy juz jednak, że skorupa oceaniczna, która tworzy basen oceanu jest wielokrotnie młodsza od Księżyca, gdyż ma ok. 200 mln lat, a zatem nie może być pozostałością po procesie oderwania się go od Ziemi. Teoria rozszczepienia nie wyjaśniała również momentu pędu układu Ziemia – Księżyc.

Kolejną teorią powstania Księżyca była tzw. teoria koakrecji. Zgodnie z tym wyjaśnieniem, Ziemia oraz Księżyc powstały w układzie podwójnym z pierwotnego dysku akrecyjnego Układu Słonecznego. Przy powstawaniu Ziemi i Księżyca ze wspólnego materiału, skład pierwiastkowy oraz izotopowy pierwiastków powinien być identyczny na obu ciałach niebieskich. Zawartość żelaza na Księżycu jest jednak znacznie mniejsza niż na Ziemi. Ostatnią teorią była z kolei tzw. teoria przechwycenia. Zakładała, że Księżyc powstał niezależnie od Ziemi i zostałby przechwycony przez jej pole grawitacyjne. Prawdopodobnie w taki właśnie sposób powstały księżyce Jowisza oraz Saturna. Teoria przechwycenia nie zdobyła jednak uznania w przypadku Ziemi, gdyż nasza planeta musiałaby mieć grubą, gęstą atmosferę zdolną zahamować ruch Księżyca oraz powstrzymać jego ucieczkę.

W kolejnych latach opracowano tzw. teorię wielkiego zderzenia, która do dziś uchodzi za najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie powstania Księżyca. Teoria ta zakłada, że Ziemia nie była jedyną planetą formującą się w odległości 150 mln km od Słońca. Równocześnie w jednym z punktów libracyjnych formowała się także druga planeta, którą nazywa się Theia. Nazwa ta pochodzi z mitologii greckiej, w której tytanida Teja była matką bogini Księżyca Selene. Przez długi czas układ proto-Ziemi oraz Thei był stabilny i obie planety spokojnie krążyły wokół Słońca pomimo tego, że znajdowały się na tej samej orbicie, z tym że Theia była o 60 stopni przed lub za Ziemią. Wraz z upływem czasu obie planety zwiększały swoją masę, przez co układ tracił swoją stabilność. W momencie, gdy Theia osiągnęła rozmiary obecnego Marsa, oddziaływanie grawitacyjne pomiędzy nią, a Ziemią było już na tyle silne, że odległość między planetami zaczęła się coraz bardziej wahać. 34 miliony lat po uformowaniu się Ziemi, w końcu doszło do ogromnej kolizji.

Theia uderzyła skosem w Ziemię przy prędkości kilku kilometrów na sekundę. Wg symulacji komputerowych biliony ton materii uległy wyparowaniu lub stopieniu, a temperatura na niektórych częściach Ziemi podniosła się do ok. 10.000 stopni Celsjusza. Trudno jest nam sobie wyobrazić tak wielką siłę zderzenia. Uderzenie masywnej asteroidy byłoby dziecinną igraszką w porównaniu do takiej kolizji. Planeta Theia uległa zniszczeniu, wyrzucając część swojej masy oraz masy proto-Ziemi w kosmos. Część wyrzuconej materii opadła z powrotem na Ziemię, natomiast część, która pozostała na orbicie utworzyła pierścień wokół planety, z którego później uformował się Księżyc. Zderzenie doprowadziło do przechylenia osi obrotu Ziemi względem jej płaszczyzny wędrówki dookoła Słońca, które jest odpowiedzialne za ziemskie pory roku. Prosty model powstania Ziemi z dysku protoplanetarnego zakładałby brak takiego nachylenia, co odbiłoby się na braku zróżnicowanych pór roku. Prawdopodobnie zderzenie przyspieszyło także ruch obrotowy.

Teoria wielkiego zderzenia wyjaśnia również posiadanie przez Księżyc małego żelazowego jądra. Wkrótce po zderzeniu Księżyc zsynchronizował swój ruch obrotowy z obiegowym, dzięki czemu obserwujemy niezmiennie tylko jedną z jego półkul. Ogromna ilość energii uwolniona podczas zderzenia i późniejszego połączenia się materiału na orbicie ziemskiej najprawdopodobniej doprowadziła do stopienia dużej części Księżyca. Stopiona wówczas zewnętrzna warstwa satelity znana jest jako tzw. księżycowy ocean magmy. W wyniku ogromnej kolizji większa część żelazowego jądra Thei została włączona do jądra Ziemi. Obiekt ten odpowiada za ziemskie pole magnetyczne oraz utrzymujące się do dziś ruchy tektoniczne, które utworzyły kontynenty. Zdaniem naukowców niewiele brakowało do tego, aby również i Ziemia została zniszczona w czasie zderzenia. Naszą planetę prawdopodobnie uratowała niewielka prędkość oraz brak frontalnej kolizji. W innym przypadku proto-Ziemia mogłaby podzielić los planety Thei.

Teoria wielkiego zderzenia zyskała uznanie środowisk naukowych w latach 70-tych oraz 80-tych XX wieku. Badania nad teorią prowadzono od czasów misji Apollo, która dostarczyła na Ziemię pierwsze skały księżycowe. Początkowe analizy skał Księżyca wykazały, że materiał pochodzi w całości z Ziemi. Takie wyniki stały w sprzeczności z teorią wielkiego zderzenia, zgodnie z którą część materii powinna pochodzić także z Thei. W 2014 roku grupa niemieckich naukowców przeprowadziła jednak badania izotopów tlenu, które przyniosły optymistyczne rezultaty. Do analizy próbek zastosowano metodę spektometrii masowej. Okazało się, że skład izotopów tlenu w próbkach z Księżyca oraz Ziemi jest inny. Różnice nie były bardzo duże, jednak zdaniem dr Daniela Herwartza takie wyniki wystarczają do potwierdzenia teorii wielkiego zderzenia. W najbliższych latach badacze zamierzają dowiedzieć się ile konkretnie materiału z Thei pozostało w Księżycu.

Podsumujmy zatem argumenty przemawiające na korzyść teorii zderzenia proto-Ziemi z planetą Theią. Próbki Księżyca wskazują, że jego powierzchnia była kiedyś stopiona. Księżyc ma stosunkowo małe żelazne jądro oraz mniejszą gęstość od Ziemi. Teorię potwierdzają także różnice w składzie izotopów tlenu. Komputerowe symulacje takiego zdarzenia są też zgodne z danymi odnośnie momentu pędu systemu Ziemia-Księżyc. Dodatkowo, istnieją również dowody na podobne kolizje w innych układach gwiezdnych. Wszystko to sprawia, że teoria wielkiego zderzenia jest dziś dominującą teorią na temat pochodzenia Księżyca. Istnieje jednak kilka trudności, na które wciąż brakuje odpowiedzi.

Pierwsza z nich dotyczy tego, że część pierwiastków lotnych z Księżyca nie jest tak uszczuplona, jak wynikałoby to z teorii wielkiego zderzenia. Dodatkowo Księżyc powinien być bogaty w pierwiastki syderofilne, podczas gdy w rzeczywistości jest w nie ubogi. Ogromna kolizja powinna spowodować powstanie na Ziemi gigantycznego oceanu magmy. Jak na razie naukowcom nie udało się jednak odnaleźć takich śladów. Jeśli Księżyc powstał w wyniku ogromnej kolizji to możliwe, że inne planety również mogły zostać poddane podobnym uderzeniom. Zdaniem naukowców planeta Wenus doświadczyła w przeszłości wielkiej kolizji, jednak dziś nie posiada swojego księżyca.

Widzimy zatem, że teoria wielkiego zderzenia ma kilka luk, na które naukowcy nie potrafią udzielić odpowiedzi. Z tego powodu niektórzy badacze zaczęli ją modyfikować, proponując odmienne rozwiązania. W 2011 roku astrofizycy Erik Asphaugh i Martin Jutzi zaproponowali teorię zgodnie z którą młoda Ziemia miała dwa księżyce. Po pewnym czasie większy z nich przyciągnąłby mniejszego, a w wyniku ich zderzenia powstałby dzisiejszy Księżyc. Zdaniem naukowców, pozostałością po takim zderzeniu jest górzysta i nieregularnie uformowana niewidoczna strona Księżyca. Z kolei w 2012 roku Robin Canup opublikowała pracę zakładającą jeszcze inny wariant zderzenia. Zgodnie z tym modelem doszło do kolizji dwóch planet, po czym z wyrzuconej materii uformowała się najpierw Ziemia a następnie Księżyc.

Najnowsza teoria pochodzi z 2017 roku i została opracowana przez naukowców z Instytutu Nauki Weizmanna. Ich wyjaśnienie zakłada, że Księżyc powstał nie w skutek jednej ogromnej kolizji, lecz serii co najmniej 20 mniejszych zderzeń. Proto-Ziemia zderzałaby się z wieloma obiektami, a kolizje te wyrzucałyby materię w kosmos. Następnie wokół Ziemi uformowałby się dysk, po czym w jego obrębie miałoby dojść do sklejania się fragmentów, w wyniku czego powstał Srebrny Glob. Naukowcy wskazują, że na korzyść tej teorii przemawia fakt, że w formującym się Układzie Słonecznym kolizje zachodziły bardzo często. Takie wyjaśnienie nie rozwiązuje jednak problemu dlaczego taki księżyc nie powstał również wokół Wenus. Mimo trzech nowszych rozwiązań, teoria wielkiego zderzenia wciąż pozostaje najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem pochodzenia Księżyca.

Po kolizji z planetą Theią, przez wiele lat Ziemia pozostawała niegościnnym światem. Musiało upłynąć bardzo dużo czasu, aby pojawiły się warunki sprzyjające powstaniu życia. Nie wiadomo, czy bez zmiany kąta nachylenia osi Ziemi oraz jej orbity mógłby się wytworzyć klimat odpowiedni do powstania życia. Świat, który dziś znamy mógłby zatem nigdy nie powstać, gdyby nie zderzenie proto-Ziemi z Theią. Mając na uwadze te pradawne wydarzenie, warto się zastanowić, czy obecnej Ziemi grozi podobny kataklizm. Z pewnością w takim wypadku ewentualna kolizja całkowicie zniszczyłaby życie na naszej planecie. Ludzkość nie miałaby żadnych szans na przetrwanie i jedyną nadzieją pozostałaby ucieczka wybranych grup w kosmos. Jak na razie Ziemia trzyma się całkiem dobrze i w niczym nie przypomina mrocznego świata tuż po kolizji z planetą Theią.

Tajemnica Niezwykłej Budowli Moray z Peru

Na terenie dzisiejszego Peru znajduje się wiele monumentalnych konstrukcji, będących pozostałością dawnych kultur. Jedną z najciekawszych budowli jest zagadkowe Moray, które zaskakuje swoim geometrycznym wyglądem. Czy było to laboratorium rolnicze, miejsce kultu czy też może coś prawdziwie kosmicznego?

Terytorium Peru było miejscem działalności wielu starożytnych kultur takich jak Norte Chico, Nazca oraz Paracas. Przedstawiciele tych kultur tworzyli megalityczne budowle oraz niewyjaśnione struktury. W późniejszym czasie największym imperium stali się Inkowie, którzy panowali na tym terenie do czasu przybycia konkwistadorów. To właśnie Inkom przypisuje się autorstwo większości budowli z dawnych lat, mimo że często wznosili budowle na już istniejących konstrukcjach. W Peru możemy znaleźć ogromne mury składające się z kamieni o wadze nawet do 100 ton, jednak znajdują się tam także inne zagadkowe struktury. Jedna z najbardziej osobliwych budowli położona jest w regionie Cuzco, ok.10 kilometrów na zachód od Maras. Tajemnicza konstrukcja jest znana pod nazwą Moray i znajduje się na wysokości 3500 m.n.p.m.

Niezwykła budowla pozostawała nieznana dla cywilizacji zachodniej aż do 1931 roku, kiedy to amerykański geolog Robert Shippee zauważył ją podczas przelotu nad tym terenem. Stanowisko archeologiczne Moray zdumiewa swoim geometrycznym wyglądem. W skład kompleksu wchodzą trzy okrągłe zagłębienia w ziemi. Dwa zagłębienia są ze sobą połączone, natomiast trzecie znajdujące się najwyżej jest od nich odizolowane. Struktury składają się z wielu poziomów, pokrytych koncentrycznymi tarasami. Różnica wysokości pomiędzy najwyższym a najniższym tarasem wynosi ok. 30 metrów. Stworzenie takiej konstrukcji z pewnością musiało się odbyć ogromnym nakładem pracy, jednak do dziś nie wiadomo jaką funkcję tak naprawdę spełniała ta budowla.

W latach 70-tych australijski fizyk John Earls przeprowadził w Moray serię badań. Po pewnym czasie odkrył, że pomiędzy najwyższym a najniższym tarasem istnieje różnica w temperaturze wynosząca od 10 do prawie 15 stopni Celsjusza. Dzieje się tak ze względu na inną wysokość, głębokość, wiatr oraz poziom nasłonecznienia na wszystkich tarasach. Moray posiada także skomplikowany system nawadniający, który dostarcza wodę na wszystkie poziomy tarasów. Co ciekawe, struktura została zaprojektowana w taki sposób, że nawet pomimo największych opadów deszczu najniższy poziom nigdy nie zostaje zalany. Wg badań na różnych tarasach znajdują się różne rodzaje gleby, które zostały tu sprowadzone z bardzo odległych regionów.

Odkrycia te skłoniły naukowców do uznania, że Moray pełniło funkcję laboratorium rolniczego, w którym badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych. Inkowie znani byli z rolnictwa oraz uprawy wielu gatunków roślin. Zgodnie z takim wyjaśnieniem, na każdym tarasie budowniczy mieli eksperymentować z innymi warunkami, aby uzyskać jak najlepsze rezultaty. Teoria o laboratorium rolniczym jest dziś uznawana za najbardziej prawdopodobną, jednak istnieją pewne odkrycia, które sprawiają, że teorię tę należy poddać w wątpliwość. Dwaj amerykańscy badacze Kenneth oraz Ruth Wright po przeanalizowaniu właściwości gleby uznali za mało prawdopodobne to, że cała konstrukcja została zbudowana jako pole uprawne. Dodatkowo nowsze badania wykazały że różnica temperatur pomiędzy tarasami może być całkiem nieduża. Istnieje także szereg innych teorii wyjaśniających przeznaczenie Moray.

Cała budowla wyglądem przypomina nieco amfiteatr, co skłoniło niektórych badaczy do uznania, że dawno temu Indianie gromadzili się w tym miejscu aby przeprowadzać różne ceremonie. Wg opowieści lokalnych Indian Keczua dawno temu przybywali tu przedstawiciele wielu pobliskich ludów. Kształt budowli sprzyjał dobrej akustyce, więc być może dokonywano tutaj różnych ceremonii. Niewiele jednak wiadomo na temat takich obrzędów, a zdaniem naukowców tak osobliwe miejsce raczej nie powinno służyć do celów religijnych. Co ciekawe, w dzisiejszych czasach wielu turystów przebywa do Moray aby pomedytować.

Jeszcze inne teorie wiążą budowle z obserwatorium astronomicznym. Wiele dawnych konstrukcji było budowanych po to aby wyznaczały pozycje gwiazd i śledziły ich ruch na niebie. Tarasy z Moray są jednak ułożone w taki sposób, że jak dotąd nikomu nie udało się zaproponować ewentualnych konstelacji, które interesowałyby budowniczych. Bardziej kosmiczne teorie sugerują z kolei, że niezwykła konstrukcja była w rzeczywistości lądowiskiem starożytnych kosmitów. Wg lokalnych legend tajemniczy nauczyciel Wirakocza zstępował z nieba i nauczał Indian przydatnych czynności, w tym m.in. budowy kanałów irygacyjnych. Naturalnie, brakuje dowodów na potwierdzenie tak kosmicznych rewelacji.

Nie jest również pewne w jaki sposób Moray zostało zbudowane. Rozmach budowli jest ogromny, więc praca musiała zająć budowniczym bardzo dużo czasu. Najniższe poziomy Moray są położone 150 metrów poniżej linii wzgórz znajdujących się tuż obok. Archeolodzy przypisują budowę tej niezwykłej struktury Inkom, jednak warto pamiętać, że kultura ta często korzystała z osiągnięć innych ludów. Z datowaniem dawnych budowli jest taki problem, że często dopasowuje się je do kultur, które zamieszkiwały dany teren. Inkowie mogli zatem korzystać już z gotowej konstrukcji, pozostawionej przez inną kulturę.

Być może Moray zostało wzniesione przez Inków, jednak kwestia tego kto ją stworzył jest znacznie mniej ciekawa niż to do czego ta budowla tak naprawdę służyła. Niewykluczone, że było to laboratorium rolnicze, jednak warto mieć na uwadze także teorie o obserwatoriach oraz miejscach kultu. Zagadkowa budowla z Moray to kolejny przykład geniuszu dawnej inżynierii. Struktura ta pokazuje nam jak niewiele wiemy o historii ludzkiej cywilizacji.

Obce Cywilizacje a Kosmiczne Kapsuły Czasu

Od wielu lat ludzie tworzą kapsuły czasu, w których przechowują informacje dla przyszłych pokoleń. 40 lat temu NASA wystrzeliła jedną kapsułę w kosmos wraz z wiadomością do obcych cywilizacji. Być może kosmici również wysyłają urządzenia z informacjami o swojej kulturze. Niewykluczone, że któreś z nich może kiedyś dotrzeć lub też już dotarło na Ziemię.

Kapsuła czasu to pojemnik lub miejsce, w którym umieszcza się różne przedmioty bądź informacje przeznaczone dla przyszłych pokoleń. Ciężko stwierdzić kiedy dokładnie mogła powstać pierwsza kapsuła czasu. Jedną z najstarszych odnaleziono 4 lata temu w zespole szkół w Strzegomiu. Kamienny sarkofag z 1874 roku skrywał w sobie dawne monety, książki, listy oraz dokumenty. Wiadomości dla przyszłych pokoleń często zawierały jednak znacznie ważniejsze informacje. W 1940 roku na Uniwersytecie Oglethorpe oddano do użytku tzw. Kryptę Cywilizacji, zawierającą ogromne zbiory najważniejszych wytworów ludzkiego umysłu, takich jak wynalazki czy dzieła literackie. Twórcy krypty wyznaczyli datę jej otwarcia na rok 8113.

Najciekawszym współczesnym projektem kapsuły jest KEO, czyli sztuczny satelita który ma zostać wyniesiony na orbitę Ziemi. Satelita ma zabrać ze sobą encyklopedie, fotografie ludzi wszystkich kultur, wygrawerowany ludzki genom a także wiadomości od dzisiejszych mieszkańców Ziemi. Adresatem mają być przyszłe ludzkie pokolenia które będą zamieszkiwać naszą planetę aż za 50 tysięcy lat. Wymienione kapsuły mają nieść informacje przeznaczone dla przyszłych ludzi, jednak udało nam się wysłać także wiadomości zaadresowane do obcych cywilizacji w kosmosie. Najsłynniejszy taki przekaz został wystrzelony w kosmos przez NASA w 1977 roku w ramach programu Voyager.

Wiadomość dla istot pozaziemskich została utrwalona na pozłacanych płytach umieszczonych na dwóch sondach. Pomysłodawcami takiej kapsuły czasu byli Frank Drake oraz Carl Sagan. Na płytach znajdują się m.in. zdjęcia Ziemi, pozdrowienia od ludzi w 55 językach, odgłosy natury oraz utwory muzyczne najwybitniejszych kompozytorów takich jak Ludwig van Beethoven. Płyty zawierają wiele cennych informacji o ludzkiej anatomii, naszym DNA, pierwiastkach chemicznych, wartościach fizycznych oraz Układzie Słonecznym. Szczytna misja nawiązania kontaktu z obcymi cywilizacjami być może nigdy nie dojdzie do skutku, gdyż Voyager porusza się bardzo wolno w kosmicznej skali. Aby zwiększyć szanse powodzenia należy wysłać sondy, które poruszałyby się z prędkością wielu procent prędkości światła. Na razie budowa takich sond pozostaje poza naszymi możliwościami, jednak być może wraz z rozwojem nauki uda nam się stworzyć takie urządzenia.

Skoro ludzie którzy wciąż znajdują się na niskim poziomie rozwoju już wysyłają kapsuły czasu w kosmos to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że podobnie mogą robić przedstawiciele obcych cywilizacji. Naturalnie to tylko sfera przypuszczeń, jednak warto się zastanowić nad ewentualnymi motywacjami oraz sposobami takich działań. Odległości pomiędzy gwiazdami w kosmosie są bardzo duże, co utrudnia ewentualną komunikację różnych cywilizacji. Jeśli dana cywilizacja osiągnęłaby odpowiednio wysoki poziom rozwoju naukowego to mogłaby opracować bardzo szybkie środki transportu w kosmosie. Niewykluczone, że obcy chcieliby wówczas spróbować wejść w kontakt z innymi cywilizacjami. Motywy mogłyby być różne – chęć poznania wszechświata, kosmiczna samotność lub też próba zachowania swojego dziedzictwa kulturowego. Informacje o swoim istnieniu można wówczas przekazywać albo za pomocą bezzałogowych sond albo też załogowych statków kosmicznych. Rozważmy zatem oba te warianty.

Bezzałogowa sonda zawierałaby kapsułę czasu, przechowując najważniejsze informacje o danej cywilizacji. Jeśli poruszałaby się z odpowiednio dużą prędkością to istnieje szansa, że w końcu trafiłaby do zamieszkałego układu gwiezdnego. Sonda zostałaby wyposażona w zaawansowaną sztuczną inteligencję tak jak nastawione na kontakt sondy Bracewella. Niewykluczone, że urządzenie potrafiłoby wychwycić sygnały od innej cywilizacji oraz trafić na jej planetę. W innym przypadku sonda mogłaby zostać przechwycona przez obcych mieszkających w tym systemie gwiezdnym. Doszłoby wówczas do kontaktu pomiędzy obiema cywilizacjami. W takiej chwili wszystko zależałoby już od tego, czy zdołaliby się porozumieć.

Jeśli cywilizacja odbiorców byłaby na wysokim poziomie rozwoju to być może udałoby się jej zdekodować kapsułę czasu oraz zrozumieć zawarte w niej informacje. Naturalnie istnieje też możliwość że przekaz byłby zupełnie niezrozumiały i nieprzydatny. Wyobraźmy sobie teraz, że taka sonda dociera dzisiaj na naszą planetę. Wreszcie otrzymujemy potwierdzenie, że nie jesteśmy sami w kosmosie, jednak nawet nasi najlepsi naukowcy nie byliby w stanie zdekodować informacji z kapsuły czasu. Być może minęłoby wiele lat zanim cokolwiek byśmy zrozumieli. Załóżmy, że w końcu udało nam się jednak odczytać przekaz od kosmitów i dowiadujemy się, że pochodzą z gwiazdozbioru oddalonego o 700 lat świetlnych od Ziemi. Nie bylibyśmy w stanie dostać się aż tak daleko, a być może nawet nie udałoby się nam odesłać wiadomości powrotnej. Istnieje także równie smutna możliwość, zgodnie z którą taka cywilizacja mogłaby wymrzeć w czasie w którym sonda leciała w kierunku Ziemi. Z drugiej strony, jeśli obcy mieszkaliby jedynie o kilkanaście lat świetlnych od Ziemi to istniałaby szansa na spotkanie. Dodatkowo być może dzięki informacjom z kapsuły czasu udałoby się nam znacznie przyspieszyć rozwój naukowy.

Rozważmy teraz drugi wariant, w którym odpowiednio zaawansowana cywilizacja  byłaby zdolna do załogowych lotów międzygwiezdnych. Wiele tysięcy lat temu obcy dotarliby do Układu Słonecznego i trafili na naszą planetę. Odkryliby, że istnieją na niej różnorodne formy życia, w tym ludzie mający potencjał na stworzenie cywilizacji. Jakakolwiek forma równego kontaktu byłaby jednak wykluczona, gdyż starożytni ludzie nie byliby w stanie niczego zrozumieć. Zakładając, że obcy mieliby pokojowe zamiary to mogliby albo nas obserwować, albo też pomóc nam w rozwoju. Aby tego dokonać musieliby się objawiać ludziom jako istoty boskie oraz przekazywać nauki moralne i przydatną wiedzę dostosowaną do poziomu dawnych ludzi. Następnie stworzyliby kosmiczną kapsułę czasu, przechowując w niej wiedzę o sobie oraz swojej działalności po czym zostawiliby ją w specyficznym miejscu na Ziemi. Nie mogłoby to być miejsce widoczne, ale takie, do którego dotarliby jedynie ludzie o odpowiednim poziomie wiedzy.

Istnieje kilka takich interesujących miejsc, które działają na wyobraźnię. Przykładowo dobrą lokalizacją byłoby umieszczenie kapsuły czasu np. w niedostępnej komorze znajdującej się w Wielkiej Piramidzie w Gizie. Ludzie którzy zdołaliby się tam dostać, byliby na odpowiednio wysokim poziomie rozwoju i mogliby zrozumieć zawarte w kapsule informacje. Dobrym pomysłem byłoby też umieszczenie kapsuły np. na Księżycu lub Marsie, tak jak sugeruje fizyk Paul Davies.

Kosmiczne Kapsuły Czasu mogą się okazać bardzo przydatne w nawiązywaniu komunikacji międzygwiezdnej, jednak pozostaje jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Nie wiadomo czy wysyłanie wiadomości w kosmos oraz odpowiadanie nie ściągnęłoby na nas zagrożenia ze strony obcych. Być może zdradzanie naszego położenia zakończyłoby się eksterminacją całej ludzkości. Z drugiej strony mogłoby nas wprowadzić w całkowicie nowy kosmiczny świat o jakim nawet nie śniliśmy.

Niezwykły Incydent UFO z Japońskim Samolotem w 1986 roku

Od zarania dziejów ludzie obserwują dziwne obiekty poruszające się po niebie. Obserwacje UFO mają miejsce w niemal każdym zakątku naszej planety. Jeden z najciekawszych incydentów UFO jest związany z załogą japońskiego samolotu, która w 1986 roku doświadczyła niezwykłego zjawiska. Analiza ich relacji przynosi zaskakujące informacje.

16 listopada 1986 roku Boeing 747 linii Japan Air Lines wystartował z lotniska w Paryżu. Samolot przewoził ładunek, a plan lotu do Tokio przewidywał postoje w Reykjaviku oraz Anchorage na Alasce. W skład załogi wchodzili doświadczony kapitan Kenju Terauchi, drugi pilot Takanori Tamefuji oraz inżynier pokładowy Yoshio Tsukuba. Podróż do Reykjaviku przebiegła bez problemów i następnego dnia samolot ruszył w kierunku Alaski. Nic wówczas nie wskazywało, że załoga samolotu zapamięta ten lot do końca życia. Po kilku godzinach lotu Boeing 747 przekroczył granicę z Alaską. Samolot znajdował się wówczas na wysokości 11000 metrów. O godzinie 17:11 czasu miejscowego kapitan Terauchi zauważył dwa dziwne światła znajdujące się 30 stopni na lewo od samolotu. Początkowo kapitan nie przejął się tym widokiem, uznając, że światła pochodzą z myśliwca patrolującego przestrzeń nad Alaską.

O godzinie 17:18 kapitan zmienił jednak zdanie, gdyż światła leciały równolegle z samolotem, czego myśliwce zwykle nie robią. Chwilę później dwa światła gwałtownie przyspieszyły i znalazły się tuż przed samolotem. Oto jak te zdarzenie opisał kapitan Terauchi: „Po około 7 minutach od zauważenia świateł całkiem niespodziewanie pojawiły się przed nami dwa statki powietrzne. Obiekty leciały w taki sposób, jakby nie istniała grawitacja. Przyspieszały, zwalniały, leciały z naszą prędkością, zmieniały nagle kurs o 180 stopni i poruszały się równolegle dziwnym drżącym ruchem. Obiekty były rozlokowane jeden nad drugim i w pewnej chwili skierowały na nas strumień światła.”

Zdaniem kapitana światła umieszczone na obiektach były koloru bursztynowego oraz białego. Drugi pilot opisał, że kołysające się światła wyraźnie pulsowały. Inżynier pokładowy opisał z kolei skupisko bujających się świateł koloru białego i bursztynowego, składających się z dwóch części w kształcie szyb okiennych samolotu. Przez następne minuty obiekty dalej towarzyszyły samolotowi. W celu ustalenia pochodzenia obiektów, Japończycy skontaktowali się z kontrolą lotów z Anchorage. Drugi pilot zapytał wieżę kontrolną, czy w pobliżu powinny się znajdować inne maszyny rejsowe, po czym otrzymał negatywną odpowiedź.

Po chwili obiekty odbiły w lewo i zniknęły z pola widzenia załogi. W miejscu w którym zniknęły po kilkunastu sekundach pojawiło się białe światło poruszające się równo z samolotem. Kapitan Terauchi postanowił sprawdzić, czy obiekt ten będzie widoczny na radarach samolotu. Po ustawieniu radaru pogodowego na 40 km, po chwili na godzinie 10-tej pojawił się jakiś obiekt. Zdaniem kapitana, pojazd znajdował się ok. 14 km od samolotu. Załoga natychmiast poprosiła kontrolę lotów o próbę zlokalizowania obiektu przez radar naziemny. O godzinie 17:25 operator wojskowego radaru w Elmendorf zakomunikował, że udało mu się zlokalizować radarowe echo, któremu nie towarzyszył sygnał transpondera. Po tej zaskakującej informacji piloci wyłączyli światła w kokpicie aby wyeliminować możliwość wystąpienia refleksów świetlnych na szybach.

Kapitan spojrzał w kierunku podążającego za samolotem światła gdzie ujrzał kontury gigantycznego pojazdu latającego w kształcie złączonych ze sobą mis. Zdaniem Terauchiego wielkość pojazdu znacznie przekraczała rozmiar samolotu i była zbliżona nawet do rozmiaru lotniskowca. Ogromny obiekt poruszał się równolegle z samolotem. Tajemniczy pojazd wydawał się mieć w jakiś niepojęty sposób kontrolę nad Boeingiem, co później zgodnie przyznawała cała załoga. Kapitan samolotu natychmiast zażądał zgody na zmianę kursu o 45 stopni w prawo. Wieża z Anchorage wywołała kontrolera z Fairbanks w celu sprawdzenia, czy na radarze średniego zasięgu w pobliżu japońskiego samolotu pokażą się inne obiekty. Ich obecności jednak nie stwierdzono. Zdaniem załogi obiekt nagle zniknął, a samolot wylądował szczęśliwie w Anchorage o godzinie 18:20.

Po wylądowaniu członkowie załogi zostali przesłuchani przez specjalną komisję. Wszyscy złożyli zeznania pod przysięgą. Kapitan Terauchi stwierdził: „W jaki sposób łowca żyjący przed wiekami, opisałby odbiornik telewizyjny, gdyby miał okazję go zobaczyć? Moje przeżycie miało podobny charakter. Lecieliśmy wysoko nad pokrytą wiecznym lodem wyżyną, Księżyc był w pełni, a widoczność dobra.” W następnych dniach świat obiegły zapisy rozmów radiowych między załogą samolotu a cywilną i wojskową kontrolą lotów. Prasa szeroko rozpisywała się na temat tego niezwykłego incydentu. Wysunięto kilka teorii na temat całego zdarzenia.

Znany sceptyk w kwestii UFO Philip Klass stwierdził, że obserwacja rzekomego UFO była w rzeczywistości iluzją powstałą w wyniku koniunkcji Jowisza oraz Marsa. Takie wyjaśnienie zostało jednak odrzucone, gdyż tajemnicze obiekty znajdowały się w innej części nieba, a dodatkowo poruszały się i zamieniały miejscami. Inna teoria sugerowała, że obserwacje wiązały się ze światłem odbijającym się od kryształów lodu. Śledztwo ws. niezwykłych wydarzeń przeprowadziła Federalna Administracja Lotnictwa. Po prawie 3 miesiącach dochodzenia, John Callahan kierujący jednostką ds. incydentów lotniczych stwierdził, że być może dziwny obiekt był w rzeczywistości potajemnie testowanym przez wojsko bombowcem. Nie podał jednak żadnego wyjaśnienia związanego z dwoma wcześniej obserwowanymi pojazdami. Administracja oświadczyła również, że sygnał wychwycony na radarze mógł być jedynie rozdzielonym echem pochodzącym od Boeinga. Autorzy raportu wskazywali, że o ile akceptują opisy załogi to brakuje odpowiednich dowodów aby je potwierdzić.

Mimo że od tamtych wydarzeń minęło już prawie 30 lat, to wciąż nie wiadomo co tak naprawdę się wówczas stało. Członkowie załogi byli bardzo doświadczeni i ciężko uwierzyć, aby wymyślili całą historię. Co ciekawe, 2 miesiące po tamtych zdarzeniach w okolicach Alaski doszło do dwóch kolejnych obserwacji UFO przez pilotów samolotów. Warto też zwrócić uwagę, że relacje członków załogi japońskiego Boeinga są bardzo podobne do tych z incydentu UFO na Wyspach Kanaryjskich z 1976 roku. Jeśli japońska załoga naprawdę widziała UFO to warto się zastanowić czy był to ziemski pojazd, czy też może obiekt pozaziemskiego pochodzenia. Być może już od tysięcy lat jesteśmy obserwowani przez inteligentne istoty z kosmosu.